Wstęp

Na początku tego roku omal nie umarłem.

Pierwszego stycznia 2013 byłem na nartach, a dziewiątego na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym Szpitala Bielańskiego w Warszawie. Przyczyną była ostra niewydolność serca (nie mylić z zawałem) wywołana przepracowaniem, stresem i predyspozycjami genetycznymi. Wprost ze spotkania pojechałem na izbę przyjęć (dziękuję Ci, Gosiu!).

Potem prawie trzy tygodnie byłem na oddziale intensywnej terapii w Instytucie Kardiologii w Aninie, podłączony do aparatury monitorującej czynności życiowe oraz do pomp infuzyjnych podających leki poprzez cewnik wprost do serca. Dwudziestego piątego stycznia zakwalifikowano mnie do przeszczepu serca w trybie pilnym. W sumie spędziłem w szpitalu trzy miesiące.

To był bardzo szczęśliwy okres w moim życiu.


Myślę, że dla wielu to zdanie jest dość szokujące — mało kto chciałby dobrowolnie doświadczyć takiej sytuacji. Co więc skłoniło mnie do użycia takiego określenia? Otóż półświadomie uruchomiłem bardzo zdrowe zasady, których nie używałem w życiu codziennym.